wtorek, 18 lipca 2017

PŁYTKI TEMAT - XVI



Mój wzrok chwilkę fokusował się na neonie pobliskiego warzywniaka. Dość dziwaczny font przyciągał nie tylko moją uwagę - klienci walili drzwiami i..., no tylko drzwiami. Biedoty, zainteresowanej zakupami na zeszyt nie wpuszczano - to nie był target ołnerów sklepu.
Bez tych zeszytów sklep już miał inny wajb. To już była inna destynacja...

Jako dżob hopper, miałem nadzieję, że skrolowaniem fejsa zapełnię pustkę chwilowego bezrobocia. Z oszczędności, szerokim łukiem omijałem pejłole. Umysł, wskoczywszy na wyższy lewel świadomości, kolektował złote myśli, w stylu: zwykły człowiek ma prosty język, celebryta - proste zęby. U siebie zauważyłem progres - czwórka nie zachodziła już na trójkę. A co do prostego języka, zacząłem pisać mejla...

Jak za dotknięciem zaczarowanej różdżki pojawiła się ona - Panna Przecinek. Wszędzie jej było pełno. Ciekawska, wciskała się wszędzie i każdemu, przerywając co drugie zdanie.

- Jaki jest kontent listu? - spytała zaciekawiona, tym razem mi nie przerywając.

A ja na to, że piszę petycję o wpisanie polskiego produktu regionalnego, jakim ona sama jest niewątpliwie, na listę światowego dziedzictwa kulturowego Unesco, motywując dosadnie swą decyzję: - Bo jak ciebie nam zabraknie, to już nie będziem Polakami. Myślałem, że zrozumie, ale ona skryła się za fejspalmem i nie dała się przekonać, że nie robię tego dla fejmu, ostatecznie ucinając dyskusję, kończąc słowami w obcym dla mnie języku: - A co to ja, jakaś dziwka jestem, żebyś tak sobie mną rozporządzał?! Fak ju!!!

- Co? Jak ty się wyrażasz? "Fak ju"?! To już i ciebie przekręcili? - ręce i szczęka mi opadły z bezsilności. Nic już świętego na tej polskiej ziemi nie pozostało... 

Postanowiłem sprawę oprzeć o bufet. Poszłem więc rozwiązać tą kwestię w ujęciu procentowym. Usiadłem przy komontejblu,  chcąc złapać wspólne floł z barmanem, zszerowałem się z nim swoimi troskami. Złapał w lot - znał takie kejsy nie od dziś.

-  To co, tradycyjnie? Stara Kurwica z lodem? - wziął mnie podstępnie na patriotyzm.

Tradycji stało się zadość...



Dzięki słuchawkom ukryłem się za muzyczną zasłoną.
Życie znów stało się lekkie, łatwe i przyjemne...







Hooverphonic - In Wonderland (2016)

niedziela, 16 lipca 2017

PŁYTKI TEMAT - XV



Barman coraz bardziej nerwowo obracał w palcach trójramienny pierdolnik, mający ponoć mieć kojącą nerwy moc. Dobroczynne wibracje kręciołka najwyraźniej omijały ciało i umysł kręcącego i puszczającego bączki spowiednika spragnionych. Byliśmy już ostatnimi gośćmi, maruderami, którym szum odkurzacza myszkującego pośród stolików objuczonych krzesłami przypominał dyskretnie, że "do ostatniego klienta" nie jest aż tak całkowicie abstrakcyjnym pojęciem bez dna i ma swoje granice. Mgliście określone, ale z każdą mijającą godziną coraz wyraźniej rysujące się na twarzach personelu...

*  *  *
 
Schyliłem się po leżącą na chodniku jednogroszówkę. Wtedy spostrzegłem ją.
A więc szczęście istnieje - trzeba tylko po nie się schylić.
Jackie siedziała na skraju chodnika w ruchliwym punkcie miasta, gdzie bezimienna masa bez wyraźnie określonego celu przetaczała się po asfaltowych czarno-białych klawiszach, obcasami wystukując chaotyczny rytm wielkiego miasta. Wpatrzony w ekrany smartfonów tłum obojętnie mijał wyciągniętą w żebraczym geście jej dłoń. Podejść bliżej, zagadać? Miałem z tym problem - nie byliśmy nigdy aż tak sobie bliscy, by kiedykolwiek myślała o mnie jak o najlepszym przyjacielu. Była moją cichą, nieskonsumowaną sympatią z dzieciństwa. Ale czy to w ogóle ona? Nie wyglądała już jak ta królowa nocy, gdy po każdym koncercie w klubie Montepulciano u jej stóp leżały setki czerwonych róż od wielbicieli bijących brawo długo po tym, jak kurtyna zastygała w bezruchu, a po sali krążyły szepty zachwytów podsycane wonią jej perfum...

- Jackie? Jackie, to ty? Jackie Cane... prawda? - niemą odpowiedzią było tylko jej nieobecne, nie wyrażające żadnych uczuć spojrzenie, jakbym był niewidocznym duchem, a nie człowiekiem z krwi i kości, próbującym nawiązać choćby cienką nić porozumienia. Po chwili, która wydawała się wiecznością, sięgnęła do zmiętej reklamówki i bez słowa poczęstowała mnie belgijskimi czekoladkami. Zmaltretowane były strasznie. Nie było cienia wątpliwości - niejeden upalny dzień leżakowały na słońcu. Czekoladki dały mi pewność - Jackie zawsze je lubiła. To musiała być ona.

Z udawanymi oporami pozwoliła zaprosić się na kawę. Aż nazbyt dobrze graliśmy swoje role. Ja udawałem, że nie wiem o tym, że teraz odda królestwo za łyk aromatycznej kawy, ona udawała, że potrzeba dużo wysiłku z mojej strony, by mogła uświetnić swoją obecnością spotkanie.
My, ostatni goście George's Cafe, ostatniego w tym mieście bastionu normalności - bez foteli z europalet, stolików ze skrzynek, odrapanych z tynku ścian i kinkietów z emaliowanych garnków - zabijaliśmy coraz wolniej upływający nam czas, obserwując, jak za oknem zabłąkany aborygenek rdzawy bezsilnie próbuje w rozsypanych na niebie gwiazdach odszukać znane dotąd wzory...
Ja też, jak ten skrzydlaty wędrowiec z antypodów, próbowałem obraz siedzącej przede mną upadłej gwiazdy wpasować z powrotem na właściwe miejsce w alei gwiazd.

Chciałem pocieszać, że to jeszcze nie czarna dziura..., że zawsze jest światełko w tunelu... Ale nieporadnie mi szło z tymi moimi czarno-białymi wizjami świata. To akurat była ostatnia rzecz jaką Jackie potrzebowała tego wieczora. Nie chciała też słuchać moich tłumaczeń o dniu, w którym czas się zatrzymał i dla każdego z nas poszedł sobie inną drogą: o zepsutym samochodzie, ostatnim nocnym autobusie, który nigdy nie przyjechał... Była z Wenus - ważniejsze były historie o złamanym paznokciu, stłuczonym kolanie, plombie, co zęba nie chciała, zacinającym się zamku ulubionej sukienki (choć to zwykła brudna szmata teraz była). Najwyraźniej, układ planet nie był tego dnia korzystny.

- Czujesz te wibracje wokół nas? - spytała, przerywając ciszę, co to cichaczem rozsiadała się na dobre między nami, gdy śmietankowe serce dawno rozmyło się po ściance filiżanki...

Czułem. Czułem już znacznie wcześniej. W kieszeni marynarki - to w domu martwili się, czy nie za bardzo zintegrowałem się z firmą...

- Zdzwonimy się. Znasz mój numer? - retoryczne pytanie było ostatnią kwestią ostatnich klientów w ostatnich chwilach pracy kawiarnianego odkurzacza.

Obawiam się, że serwetka z cyframi 6-0-0-9-1 szybko skończyła swoją życiową misję, lądując w najbliższym ulicznym śmietniku...
To "zdzwonimy się" dzwoni mi w uszach już od kilku lat. Przylepiło się głowy, jak tamtego dnia do palców roztopiona w słońcu belgijska czekoladka.








Hooverphonic with Orchestra Live (2012)
 

ZMUSZONY DO LĄDOWANIA



Taki pretekst mi się trafił, w związku z przechwyceniem koreańskiego samolotu...
Obcy są wśród nas? Nie wiem, ale latający spodek w Seulu wylądował (i porywa ludzi?).












niedziela, 21 maja 2017

NO DUMA WPROST MNIE ROZPIERA





Długi majowy weekend...
Gdzieś tam Trump podciągnął swoje lotniskowce, aby widzieć lepiej tego chłopczyka co to odpalaniem rakiet się bawi, a my neta odpalamy i pierwsze co widzimy: "PILNE! Lewandowska urodziła!". Znaczy się, wszystko w normie - ludzie jak zwykle mają pierdolca.

Nie działo się nic, co mogłoby zakłócić kontemplowanie, jak to człowiek brzmi dumnie.

















środa, 5 kwietnia 2017

PŁYTKI TEMAT - XIV



Spóźniała się. Jak zwykle.
Wszyscy zawsze narzekali na jej niepunktualność - w tym roku też się nie zawiedli.
Zazwyczaj umawialiśmy się, że w marcu spotykamy się i gramy sobie w oczko, ale w tym roku ostatecznie stanęło, że pojawi się piątego kwietnia...

Od kilku dni czułem przez skórę, że nadchodzi, że jest już blisko. No i w końcu... No idzie... Zaraz tam idzie - wlecze się łazęga, jakby w ogóle dojść nie chciała. Ledwo lezie toto po łące w przemoczonych chabrowych trampkach z puszką zielonej farby pod pac. Jej zziębnięte, ciekawe świata kolana, wybałuszały gały z dżinsowych oczek wodnych porośniętych sitowiem, dziwiąc się zapewne, skąd tu wkoło jeszcze tyle zszarzałych białych plam.

Spóźnienie jak zwykle tłumaczyła tym, że na kalendarzu to się ona nie zna i nic ją on nie obchodzi. Widząc jednak nasze niezadowolenie, raźno wzięła się za malowanie, ale marudziła, że coś cienka ta nasza farba, bo ciągle jej wybijają brązowe plamki i psu na budę taka robota... A w ogóle to stwierdziła, że jest jeszcze chyba za zimno, bo biały nie przyjmuje dobrze koloru i niepotrzebnie się spieszyła... A tak ciepło chciała się z nami przywitać...
    
- Boś się ubrała... Jak na lato - dociąłem jej, bo nie lubiłem jak ktoś się spóźnia. Czując podskórnie, że to bijące od niej ciepło jest ułudą, dodałem: -  Wiesz... jakoś nie wierzę tobie, że już wróciłaś do nas tak na dobre.

- Ja pier... Całe życie z baranami... - dość nagle i niezwykle chłodno pożegnała się z nami.

To nie jej wina, że taka kapryśna, pomyślałem, widocznie tak jej w gwiazdach pisane, że z tymi baranami musi być jej po drodze. Cóż, od przeznaczenia nie uciekniesz...
Ale co się odwlecze, to nie uciecze. Ona wróci... A jak nie ona, to jej siostra bliźniaczka (zawsze spalona na raka), co potrafi chwycić byka za rogi i lwią część całego lata - jak to powabna panna - pilnować wagi. Takie są te nasze letniczki, co zaglądają każdego roku do naszej wioski - kapryśne i nieprzewidywalne, ale miejscowi i tak zawsze czekają na obie z utęsknieniem, bo globalnie rzecz biorąc, zawsze samą swą obecnością tak jakoś naturalnie ocieplają szarą rzeczywistość.







TALK TALK - THE COLOUR OF SPRING (1986)
Happiness Is Easy, I Don't Believe In You, Life's What You Make It, April 5th, Living In Another World, Give It Up, Chameleon Day, Time It's Time.